100. rocznica cudownego wydarzenia w Fatimie i początku cudownych uzdrowień i znaków.   5 sierpnia 1920 r. – miało miejsce przywrócenie diecezji Leiria, w której bp Jose Correia da Silva uroczyście obejmuje zarządzanie. Biskup zakupił Cova da Iria i zapoczątkował porządkowanie olbrzymiego terenu wokół miejsca objawień oraz zarządził budowę cysterny w głębi kotliny, by zbierała wodę dla pielgrzymów. Po rozpoczęciu prac w 1921 roku, w miejscu, gdzie znajdowały się dzieci w czasie pierwszego objawienia, wytrysnęło wówczas źródełko, które do dziś zaopatruje Fatimę w wodę i stanowi przedmiot wielkiej tajemnicy, z racji charakteru gruntu.   Medytacja - sierpień 2021. Tajemnica - Ukoronowania Matki Bożej:- format - mp3...- format - mp4...   Działania Władzy Kościelnej Władza kościelna, stwierdzając nieustanny wzrost i nadzwyczajne owoce religijnego ruchu, jaki spontanicznie powstał w Cova da Iria, uznała, że nadszedł czas wyjścia ze swej powściągliwości i publicznego wydania opinii. Oto główne etapy jej interwencji. W 1917 r. diecezja Leiria była pod jurysdykcją Patriarchy Lizbony, kardynała Antonio Mendesa Belo (zm. 4 sierpnia 1929 r.). Ten, dowiadując się o pierwszych nadzwyczajnych wydarzeniach, absolutnie zabronił swoim kapłanom jakiegokolwiek zaangażowania w zaistniałą sytuację. Nakaz był wykonywany sumiennie, dopóki gorliwi proboszczowie z Fatimy i okolic nie zaczęli być źle postrzegani przez ludzi wierzących i oskarżani, że stają po stronie wrogów religii i Kościoła.   Pierwsze zabudowania W 1920 roku przywrócono diecezję Leiria i biskup Jose Correia da Silva uroczyście objął jej zarządzanie 5 sierpnia 1920 r. Na początku także on okazał się ostrożny względem wydarzeń w Fatimie i zwlekał z zajęciem stanowiska, by mieć czas na zbadanie sytuacji. To badanie każdego dnia coraz bardziej ujawniało, że we wszystkim był palec Boży. W ten sposób, jeszcze przed zajęciem oficjalnego stanowiska, postanowił wziąć na siebie kierowanie sprawami kultu przyszłego sanktuarium. W tym celu zakupił Cova da Iria i zapoczątkował uporządkowanie olbrzymiego obszaru (przeszło 125 tysięcy nr; dwa razy tyle, ile zajmuje Plac Świętego Piotra w Wa­tykanie). W październiku 1921 r. Biskup udzielił zezwolenia na odprawianie Mszy św. polowej dla pielgrzymów, którzy dotąd uczestniczyli we Mszach św. w kościele parafialnym w Fatimie, skąd potem wyruszali w procesji do Cova da Iria.   Cudowna woda Wydaje się, że Niepokalana Dziewica chciała odpowiedzieć na to ważne zezwolenie znakiem aprobaty. Kilka dni po otrzymaniu zezwolenia Biskup zlecił zbudowanie cysterny w głębi kotliny, dokładnie w miejscu, gdzie znajdowały się dzieci w chwili pierwszego objawienia. Jego zamiarem było jednak zbierać tam deszczówkę. Zaledwie usunięto pierwsze kamienie, kiedy ujrzano wypływającą cienką strugę wody, do której dołączyły się później inne, tryskające kilka metrów dalej. Fakt wzbudził wielkie zdziwienie u tych, którzy znali naturę gruntu wapiennego, bardzo porowatego i niezdolnego przechowywać wodę. Wiedziano, że w tamtej okolicy nigdy nie znaleziono wody, chyba że dwa lub trzy kilometry dalej w postaci maleńkiego źródełka. Tamtejsi ludzie są przekonani, że był to cud Matki Bożej albo Wielebnego Biskupa! W ten sposób Niepokalana Dziewica szczęśliwie rozwiązała wielki problem Fatimy. Jak byłyby możliwe ogromne pielgrzymki, głównie w miesiącach letnich, gdyby nie było tam wody pitnej? Od tamtego dnia nigdy jej nie brakowało. Woda zebrana w wielkim zbiorniku służyła pielgrzymom zarówno do powszechnego użytku, jak i jako narzędzie cudownych łask. Uzdrowienia Z pewnością nie wszyscy chorzy wracają uzdrowieni. Nierozsądnie byłoby myśleć, ze wszyscy otrzymują tę łaskę. Wszyscy jednak albo niemal wszyscy doznają pociechy duchowej i łaski potrzebnej do niesienia z wyrzeczeniem krzyża nałożonego im przez Opatrzność. Bardzo wiele osób jednak doznało także ulgi fizycznej w swych chorobach, a wielu uzyskało całkowite uzdrowienie. „Głos Fatimy" do 1942 r. zarejestrował ponad 800 chorób, z których ludzie doznali uzdrowienia. Wśród nich są: gruźlica płuc, ślepota, zapalenie opon mózgowych, zapalenie opłucnej, paraliż, różnego rodzaju wrzody uznane za nieuleczalne itd. Pośród nich są wybitne uzdrowienia.   Uzdrowienie z choroby Potta Jose d'Oliveira Carvalho, lat 27, urodzony w Adaufe (Braga), kupiec z Oporto, od dwu lat był złożony straszliwą chorobą Potta. Po wielokrotnych i nieskutecznych (jeśli nie szkodliwych) zabiegach, został doprowadzony do takiego stanu, że - przytaczam opinię lekarską - „kiedy odwiedził go mój kolega specjalista, oświadczył rodzinie, iż chory miał co najwyżej osiem dni życia. Natomiast kilka dni po tym badaniu nastąpiło nadzwyczajne polepszenie: niemal błyskawicznie zniknęła gorączka, zamknęła się przetoka, przywrócony został ruch nogi, ustały bóle lędźwiowe i chory mógł wstawać z łóżka. Miesiąc później odzyskał zdrowie jak poprzednio bez śladów choroby”. W ten sposób zanotował lekarz domowy dr Soares Junior pod datą 20 stycznia 1925 r. Nie wspomniał jednak, że niemal nagła zmiana nastąpiła, odkąd chory zaczął pić wodę z Fatimy i modlił się do Matki Bożej razem ze swoimi bliskimi.   Uzdrowienie z gruźlicy płuc w ostatnim stadium choroby Teresa de Jesus Martins, lat 19, urodzona w A-dos-Cunhados (Tor-re Vedras) zamężna i zamieszkała w Lizbonie. W marcu 1922 r., trzy miesiące po zawarciu małżeństwa zaczęła czuć się źle i pluć krwią w dużej ilości. Po różnych perypetiach została umieszczona w szpitalu. Kiedy jednak przez niedyskrecję jednego z pracowników poznała swój prawdziwy stan - gruźlica ostatniego stopnia - nie wytrzymała już i kazała się zawieźć do rodziny, aby tam umrzeć -jak mówiła - w obecności mamy. Polecała się Matce Bożej Fatimskiej. Codziennie piła łyk wody i odmawiała Różaniec. Od pierwszego dnia mogła zauważyć, że po skończonej modlitwie na kilka godzin znikały bóle i czuła się znacznie lepiej. Plucie krwią też ustawało. Spędziła tak trzy tygodnie, a kiedy skończył się mały zapas wody z Fatimy, jakim dysponowała, zniknęły bóle, ale tym razem już ostatecznie, a wraz z nimi wszystkie objawy zaraźliwej choroby.   Prawdziwy cud! Cecilia Augusta Gouveia Prestes, lat 22, urodzona w Torres Novas. Zachorowała na gruźlicę płuc z zapaleniem otrzewnej, powikłanym z opuchlizną brzuszną. Już trzy lata wcześniej pojawiały się pierwsze złe symptomy. Za radą lekarzy przyjęła Wiatyk, a rodzina pogodziła się już z najgorszym. Ona jednak chciała za wszelką cenę, aby ją zaniesiono do Fatimy. Zapytany o poradę jeden z lekarzy, dr Augusto Mendes, dobry katolik, odpowiedział: „Jako lekarz sprzeciwiam się bezwarunkowo takiej podróży, która może być zgubna; ale jeśli ona naprawdę ufa Matce Bożej, jako katolik nie mogę jej tego zabronić. Radzę jej tylko, żeby tego nie robiła”. Chora nie odstąpiła od swego postanowienia i 13 lipca 1923 r. została z najwyższą ostrożnością przewieziona do Cova da Iria. Podróż była drogą krzyżową dla niej i dla osób, które jej towarzyszyły, a które z minuty na minutę coraz bardziej obawiały się, że umrze. W sanktuarium nie odczuła polepszenia, co więcej, w chwili błogosławieństwa chorych doznała ponownego omdlenia. W drodze powrotnej, po jakiejś godzinie, zatrzymano się, żeby trochę odpocząć. Nagle chora poczuła ogromny apetyt i chwyciła pozostałości jedzenia zabranego przez towarzyszy podróży. Ci najpierw pozwolili jej jeść, ale widząc potem, że jej apetyt nie malał, zabrali jej pozostałą żywność, bojąc się następstw. Następstwa jednak były takie, że odtąd chora stała się nadzwyczaj aktywna: mówiła, śmiała się, śpiewała, słowem: została wyleczona. Wyleczona wbrew wszelkim prognozom lekarzy. Również aptekarz, sądząc, że umarła, kiedy zobaczył ją pewnego dnia płacącą za zakupy zawołał: - To prawdziwy cud! - Czy pan wierzy jeszcze w cuda? - Oczywiście! Widzę to na własne oczy, to prawdziwy cud!   Głośne uzdrowienie lekarza Niniejsze opowiadanie wydaje mi się podwójnie interesujące: po pierwsze dla samego faktu, a po drugie ponieważ jego bohaterem jest lekarz, dr Acacio da Silva Ribeiro, który mógł najlepiej ocenić, co było nadzwyczajnego w jego uzdrowieniu. Przytaczamy jego własne sprawozdanie zamieszczone w „Głosie Fatimy”. „Jestem absolutnie przekonany, że tylko dzięki interwencji Maryi Dziewicy, Matki Bożej Różańcowej z Fatimy, zostałem wybawiony od śmierci po straszliwym wypadku, w którym złamałem nogę, obojczyk, śródręcze, miałem rozmaite potłuczenia i rany szarpane, wśród których jedna była bardzo niebezpieczna z powodu swej lokalizacji i spowodowanego krwotoku. Był wieczór 9 marca 1926 r., około godziny wpół do szóstej. Byłem w drodze, w okolicach stacji Canas de Senhorim (Beira Alta). Jechałem z wielką szybkością na motocyklu. Kiedy omijałem jakiś wózek, usłyszałem ogromny wybuch i zostałem wyrzucony daleko od drogi. Opona, która wypadła z koła oraz pęknięta dętka musiały być przyczyną wypadku, który tylko cudem nie pozbawił mnie życia. Chwila była straszna. Czułem, jak nadchodzi moja ostatnia godzina, i jako lekarz uważałem, że po tak okropnym upadku i straszliwych krwotokach, jakie nastąpiły, a których nie mogłem zaraz zatamować, możliwe jest przeżycie tylko jeśli nadejdzie natychmiastowa pomoc. Pomyślałem o małżonce i o córeczkach, które czekały na mnie jakieś trzysta albo czterysta metrów dalej. Wzywałem Matkę Boża Różańcową z Fatimy i czekałem na śmierć, mówiąc sobie: «Bóg tego chciał!». Minęło kilka minut w przerażającej trwodze. Widząc, że jasność umysłu nadal się utrzymuje, pojawiła się nadzieja życia i zobaczenia moich najbliższych. Wtedy, w porywie pobożności i niedającego się opisać oddania, złożyłem obietnicę Matce Bożej Fatimskiej i prosiłem Ją o pomoc i utrzymanie mnie przy życiu. Muszę podkreślić jeszcze pewien zbieg okoliczności. Mianowicie moja żona, dowiedziawszy się o wypadku, zanim przybiegła mi z pomocą, uklękła w drodze i ze złożonymi rękami i oczyma zwróconymi do nieba prosiła Matkę Bożą Fatimską o łaskę spotkania mnie jeszcze przy życiu. Ona także złożyła pewną obietnicę. Robiąc szybki bilans mojego stanu, rozpoznałem, że prawa noga była złamana w dwóch miejscach. Jeden z końców złamanej piszczeli przebił mięśnie, skórę, kalesony, spodnie i bluzę, aż można ją było zobaczyć. Krwotok był ogromny i gdybym zemdlał, to by wystarczyło, żeby nastąpiła śmierć. Prawa ręka spuchnięta, sprawiająca ostry ból przy najmniejszym poruszeniu, ramię i obojczyk bolące przy próbie poruszenia, wskazywały na wielorakie złamania. Z prawego oka, które uważałem za stracone, czułem cieknącą ciurkiem krew. Kiedy jakieś zapłakane kobiety, załamując dłonie, zbliżyły się do mnie, poprosiłem je, by zrobiły to, co im powiem. Jako że jedna miała wiadro z wodą, lewą ręką opłukałem sobie prawe oko, skąd wypływała krew. Sprawdziłem, że gałka była jednak nietknięta. Kazałem potem zawiązać sobie chustkę na czole w taki sposób, żeby zatrzymać krwotok pochodzący z ośmiocentymetrowej rany z okolicy prawego ciemienia i głębokiej aż do kości. Poprosiłem, żeby wyprostowały mi złamaną nogę, a fartuchem podartym na opaski związały tak, żeby zmniejszyć krwotok, który starałem się zatrzymać, ściskając lewą ręką tętnicę udową. Tymczasem doszła moja żona z kilkoma zaprzyjaźnionymi osobami, które sprawiając mi ogromny ból przewiozły mnie i zaniosły do mojego biura, gdzie przyszli dwaj koledzy, dr Aurelio Goncalves i dr Giustino Lopes. To oni, po godzinie od wypadku dokonali pierwszego odkażenia i tymczasowego zabandażowania. Poprosiłem moją żonę., żeby wezwała proboszcza 0liveira do Conde, aby wysłuchał mej spowiedzi i dał mi Komunię św. zanim minie północ. Pamiętam dobrze, że spowiedź zacząłem tymi słowami: Nie wiem, czy za pół godziny będę jeszcze żywy! - Byłem rzeczywiście przekonany, że nie dożyję następnego dnia. O godzinie 7.00 zostałem przewieziony na noszach pociągiem do szpitala przy Uniwersytecie w Coimbrze, gdzie dopiero około godziny 13.00 ostateczny zabieg wykonał dr Bissaia Barreto po zrobieniu zdjęcia rentgenowskiego. Jeden z kawałków piszczeli, który był zanieczyszczony ziemią, pozostawał do tego czasu w styczności z brudnym fartuchem, z którego wykonano pierwszy bandaż. Z rany głowy wydobyto kawałki kamieni i piasku z drogi. Pomimo tych niesterylnych warunków, wbrew przypuszczeniom wszystkich, wbrew temu, co działo się zwykle w przypadkach o wiele mniej poważnych, przy ogromnym zaskoczeniu moim i wszystkich moich kolegów nie wystąpiło najmniejsze nawet zakażenie i nawet nie miałem gorączki! Należy dodać, że zakażenie byłoby zwiastunem gangreny, a więc konieczności odcięcia nogi, wobec tego, że powstał już ogromny krwiak w rejonie złamania, który dr Bissaia Barreto szacował na obejmujący od 800 do 1000 mililitrów krwi. Przyjmując bezstronną i uczciwą postawę wobec wiedzy nie można ani wyjaśnić, ani właściwie zrozumieć, jak to się mogło stać. Przynajmniej jest to przypadek tak nadzwyczajny i wyjątkowy, że taki opatrznościowy zbieg okoliczności mogę uznać tylko za cud! Nie znajduję innego słowa, które mogłoby je zastąpić, ponieważ tylko ono najlepiej wyraża to, co czuję i o czym pragnę zaświadczyć. Poza przedstawionymi tu racjami jest jeszcze inna, silniejsza i bardziej przekonująca, ale nie przeznaczona dla opinii publicznej, ponieważ jest osobista. Ja, który uważałem, że byłbym szczęśliwy, gdybym tylko mógł mieć ocalone życie nawet bez nogi, o czym mówiłem doktorowi Bissaia, jestem przecież cały i zdrowy, z moją nogą, bez utykania, bez najmniejszego śladu wypadku, mogąc prowadzić normalne życie i wychowywać moje dzieci! Oby Bóg zechciał, żeby wspomnienie tak wielkiego cudu na zawsze pozostało w mojej pamięci. Zapomniałem przytoczyć jeszcze jeden szczegół: od mojego kole­gi i przyjaciela ze szpitala dostałem butelkę wody z Fatimy, której używałem, pijąc i mocząc nią bandaż" (Lizbona, 13 września 1927 r.).